knowicka1Uprzejmie donoszę...

Góry dla mnie to nie zamierzchłe czasy. Pierwsze poczynania przy pomocy beżowych trampek miały miejsce w szkole średniej, kiedy to stawiałam pierwsze górskie kroki w Tatrach. Nie licząc podstawówkowych wycieczek nad Morskie Oko i do Doliny Kościeliskiej... Były to jednakowoż wędrówki typu niedzielnego turysty mieszkającego w Zakopcu i stawiającego się w agroturystyce na późną obiadokolację. Owego przysłowiowego bakcyla owszem połknęłam, ale nie w rozpędzie, by każdą wolną chwilę spędzać na górskim trakcie.

Zaczęło się dopiero na studiach...

Kumpel z liceum wyciągnął mnie na spotkanie informacyjne SKG, że niby pozaliczamy WF i może będzie przy okazji z tego jakaś dobra zabawa. Kiedy po spotkaniu dotarłam do domu i wykrzyczałam, że zapisuję się na kurs przewodnicki, rodzice popatrzyli na mnie z politowaniem.

Z plecakiem, który trudno podnieść, gotowaniem w osmolonym wiadrze, chodzeniem dniami i nocami po krzaku - niepojęta rzecz! Potem kariera przewodnicka zaczęła się bardzo szybko, kursówki, zimówka narciarska, wiosenne, którego chyba nigdy nie zapomnę i letnie...

Wreszcie można było się zapisać do szumnie brzmiącego z nazwy Studenckiego Klubu Górskiego i opłacić wymarzoną składkę członkowską. No i wtedy zaczęło się na dobre, najpierw do Zarządu, gdzie majstrowałam 3 kadencje, potem na instruktora, gdzie knuć trzeba i należy, potem jeszcze mi dowalili Prezesa Koła nr 11 PTTK i szybka kariera się potoczyła jak z bicza...

Klub to nie tylko góry i wyjazdy...

Te zdarzają się częściej lub rzadziej. Mnie osobiście do Klubu przyciągają ludzie. Niby tak różni, ale jak wiele nas łączy. Pochodzimy z różnych środowisk, miast, uczelni, naszą strukturę wiekową można już przedstawiać w piramidkach, ale jednak umiemy śmiać się z tych samych rzeczy, przyjaźnić i spotykać nie tylko na okołoklubowych imprezach. Mogę śmiało powiedzieć, że to moja druga rodzina, czasem wkurzy, czasem pocieszy, znamy się i kochamy jak rodzeństwo.

Zlinczowano by mnie przy pomocy wałka kuchennego gdybym nie zawarła także w swej wypowiedzi, iż własną krwią zaświadczam, że SKG to Klub matrymonialny - zaświadczam takoż :)

Niby szuka się gór i przełęczy, a tu i mąż się znalazł... (i synów dwóch! również)

W kwestii gór...

Trudno mi opisać czym dla mnie są. Ucieczką od codzienności, windą do nieba, sposobem na wolny czas, hobby, ciężkim żywotem człowieka poczciwego? Można takie epitety mnożyć bez końca. Ale oszczędzę Czytelnikowi dogłębnych duszy mej wyznań...

knowicka2

Gdzie to się było...

Ano Tatry już wspomniane, Beskidy, szczególnie zawsze sercu memu bliski Beskid Niski, gdzie zaczęły się moje wielbłądzie wędrówki, Góry Bułgarii - Riła i Piryn, tureckie Góry Kackar, sąsiedzka Ukraina, Pireneje... ot dorobek własny...

Plany...

Ogólnie ciągnie mnie wyżej i na wschód, coraz głośniej wołają kraje byłego ZSRR i ich piki. A najwyżej i najbardziej na wschód to Nowa Zelandia, a potem Ameryka Południowa... Eh...

Moje miejsca...

W telegraficznym skrócie: Podwilk (Orawa) - baza namiotowa, na którą chcę i będę wracać, co roku...; Sarnia Skała (Tatry) - ot nostalgia; Grań Konceto (Piryn, Bułgaria) - trochę wrażeń...