Jestem głogowianką i, z tego co wiem, jedyną dolnoślązaczką w Klubie. Udało mi się skończyć studia na Politechnice Wrocławskiej na kierunku inżynieria środowiska w specjalności gospodarka odpadami. Być może dlatego na klubowych wyjazdach często jestem wrabiana w noszenie wspólnych śmieci.
Moje pierwsze wspomnienie związane z górami dotyczy wyjazdu do Karpacza z rodzicami w wieku bodajże lat 10. Kupiłyśmy z mamą sanki, wjechałyśmy wyciągiem na Kopę pod Śnieżką i zjechałyśmy dawnym torem saneczkowym. Sanki tego nie przeżyły, my na szczęście tak. Kontakt z górami odnowiłam w czasach licealnych, w nietypowej drużynie harcersko- żeglarskiej (częściej niż na jeziora jeździliśmy w góry). Z sentymentem wspominam coroczne rajdy w Sudetach, na których chodziliśmy całymi dniami w deszczu i błocie, a nocą braliśmy udział w jakichś dziwnych harcerskich zabawach albo siedzieliśmy przy ognisku. Zdarzało się, że ktoś zdarł stopy do krwi, były mniejsze i większe kryzysy, ale i tak za rok znowu jechaliśmy, a między rajdami było co wspominać i na co czekać.
W międzyczasie pojechałam na obóz wędrowny w Bieszczady z naszą szkolną bibliotekarką, która jest świetnym przewodnikiem i myślę, że to właśnie od niej "zaraziłam się" miłością do gór. Stworzyła się fajna ekipa, jeździliśmy z naszą opiekunką przez 4 kolejne lata w różne części Beskidów. Potem skończyliśmy szkołę, skończyły się też obozy i obecnie większość moich ówczesnych towarzyszy wędrówki już nie chodzi po górach, we mnie natomiast głód gór wciąż narastał. Przez pewien czas nie miałam z kim w nie jeździć i pewnie dlatego w końcu w 2007r. z ogłoszenia w internecie trafiłam na Klub - pojechałam na obóz wędrowny na Ukrainę. Gotowanie na ognisku, piękne i dzikie góry, w których całymi dniami nikogo nie spotykaliśmy, spanie pod namiotem codziennie w innym miejscu - wszystko to bardzo mi się spodobało. Jeszcze w tym samym roku dwukrotnie wybrałam się z SKG na dwa większe wyjazdy- na Czarnohorę i w Góry Rodniańskie, a w 2008r. byłam na wyjeździe w tureckie Góry Pontyjskie. Oprócz tego zaczęłam jeździć na rajdy weekendowe i jakoś tak naturalnie wyszło, że już zostałam w Klubie i regularnie bywam na wyjazdach. Miałam nawet przygodę z klubowym kursem przewodnickim, niestety nie udało mi się go z sukcesem ukończyć, ale dużo się na nim nauczyłam o górach i o sobie. Poznałam tu wielu wspaniałych ludzi, z którymi można fajnie spędzić czas i których podróże często mnie inspirują.
Ciężko mi wyrazić, co lubię w górach, jest to wiele różnych rzeczy. Uczą mnie wytrwałości i wiary w swoje siły, ale też pokory. Można się w nich zmęczyć i strasznie zgłodnieć, żeby potem odpocząć i się najeść, tworzą się potrzeby, których zaspokojenie daje szczęście, a czasem w bonusie można jeszcze dostać cudne widoki. W górach życie jest proste, a przy tym intensywne, człowiek koncentruje się na podstawowych kwestiach potrzebnych do przeżycia jak obiad czy sen w ciepłym śpiworku, a takie drobiazgi jak mycie schodzą na dalszy plan. Bardzo ważne są dla mnie znajomości zawarte w górach, spotykam mnóstwo dobrych ludzi, którzy lubią się dzielić, pomagają sobie, np. kiedyś przypadkowi turyści na szlaku oddali mi swoje kanapki w momencie kryzysowego głodu. Niefajna w górach może być pogoda, na którą niestety nie ma się wpływu, ale jeśli się odpowiednio nastawi, to i na deszczowym wyjeździe można się dobrze bawić, a później z łezką w oku go wspominać.
Wiele miejsc w górach dobrze mi się kojarzy, tak naprawdę każde pasmo górskie przywołuje jakieś wspomnienia, głównie dotyczące czasu spędzonego z bliskich mi ludźmi. Jednym z takich miejsc jest chata na Kordowcu w Beskidzie Sądeckim, gdzie spędzaliśmy ze znajomymi Sylwestra zjeżdżając na workach z sianem. Nie chcę faworyzować konkretnych gór, lubię zarówno jeździć w nowe miejsca, jak i na nowo odkrywać te, w których już byłam.