Wieloletnia studentka różnych uczelni i kierunków, obecnie nieustannie kończąca fizykę na UW. Nazywana koksikiem jako, że po górach przemieszcza się w czasie dążącym do zera ze średnią prędkością 6 GOTów (wg GPS) i prędkością maksymalną 9 GOTów (wg Prezesa Marciniaka) czym powoduje efekty relatywistyczne ("niektórzy mogą być zmęczeni!"), zakrzywia czasoprzestrzeń ("stąd do Zwardonia to będzie jakaś godzinka.") i produkuje małe czarne dziury ("gdzie zniknęła grupa?"). W górołażeniu najbardziej lubi herbatę w schronisku po długiej wędrówce, więc stara się tam znaleźć jak najszybciej. Nie lubi za to tłoku, stonki w japonkach i obwieszonych sprzętem ignorantów w związku z tym najbardziej lubi chodzić po Tatrach w zimie i Bieszczadach zawsze. Z nizin lubi Pieniny. Górska minimalistka, uważa, że dobry plecak to mały plecak, a nadmiar sprzętu tylko przeszkadza w bieganiu po górach.

Pierwszy raz na górołażenie zabrana w wieku 5 lat na, zdaniem ojca, "krótki spacerek", wyekwipowana przez mamę w anatomiczne, różowe, plastikowe sandałki z absorberem w podeszwie i oddychającą spódniczkę z pochłaniającymi pot falbankami przeszła z Czantorii do Cieszyna. Po tym doświadczeniu braki w sprzęcie nie robią na niej wrażenia, a żadne bąble i obtarcia stóp nie są straszne. Uczulona na puch zachowuje ironiczny dystans do ogólnoklubowego szału na GT 900, jako pionierka krioterapii szczęka zębami w syntetycznym śpiworze ubrana we wszystkie posiadane w plecaku części garderoby, a w przypadku zbliżania się temperatury do zera absolutnego także sam plecak i folię NRC. Wszak zimno hartuje organizm, a jak uczy mateczka mechanika kwantowa, stan podstawowy cząstki to stan o najniższej energii.

Nieustannie oscyluje między swoimi dwoma żywiołami: morzem i górami najchętniej przeniosła by się do Norwegii, bo tam góry z morza wyrastają, ale to dla niej za zimno i za ciemno. Od połowy marca, gdy tylko lód z Zegrza zejdzie, aktywnie szkoli kolejne pokolenia żeglarzy, a we wrześniu co weekend kończy sezon żeglarski, co przeciąga się do października. W lecie raczej wybiera mniej lub bardziej dalekie rejsy morskie na raczej mniej niż bardziej nowych jachtach. Na chodzenie po górach zostaje jej zima, więc niejako z konieczności bliżej jej do sekcji wysokogórskiej niż kursu przewodnickiego. Ciągnie ją wyżej i dalej, w praktyce sprawdza działanie siły grawitacji i aktywnie się jej przeciwstawia. Do Klubu trafiła na kurs wysokogórski i już została odkrywając, że Gorce też mogą być fajne (ale tylko na biegówkach ;) ). Może nie jest entuzjastką herbaty z patyczkami i kisielu z liśćmi, ale nie takie rzeczy już w swoim życiu jadła. Jednak na określanie sagi mianem herbaty nie zgodzi się nigdy.

Warszawianka przyszywana, do stolycy przeprowadziła się z Galicyi (a dokładniej Królewskiego Miasta Krakowa), mieszka na Ursynowie i wszędzie ma daleko, ale pozwala jej to uprawiać sport ekstremalny: jazda autobusem linii 709 w piątek wieczorem (godzina 23:40). Kto zna ten zrozumie...